Autor: Grzegorz Hajkowski

Określić lirykę Ivana Sogela mianem: „hermetyczna” znaczy powiedzieć mało, co najmniej niewiele. Tę twórczość zrodziła  potrzeba stawiania oporu, uruchamiania momentów zdziwienia oraz przenoszenia przebudzonej ciekawości w obręb nieustalonej z góry wspólnoty. Za sprawą tylu osobliwych dystynkcji, właściwości przekraczamy granicę prowizorium mowy spragnionej relacji, oddychającej potrzebą dialogu wiodącego ku porozumieniu, określającej się w doświadczaniu zgody spełniającej się wokół miejsca, w którym co chwila dochodzi do spotkania sprzeczności, obłaskawiania i ścierania się emocji krótkotrwałych z gruntowną podwaliną uczuć wyższych.

Co ciekawe, to one właśnie, zatem: harmonia, piękno, miłość, przyjaźń, odpowiedzialność, ofiarność, współczucie, zrozumienie domagają się ostentacyjnej konfrontacji z bogactwem przeżyć wyrastających z odruchu, z przyzwolenia na rozkwit reakcji instynktownej i automatycznej, z oczywistością stawania się domem i obejściem, domową i wyjściową szatą. Oprócz tego stanowi punkt odniesienia do urzeczywistniania się ładu za cenę rozdzierających kompromisów. Opowiedzieć życie, oświetlić je, wywołać z pamięci głębokiej, już prawie ostygłej, zasypanej, i już przeczesywanej, już ogarnianej płetwą morza, zatem ciągle formowanej w niepokoju stawania się. Te wiersze unikają jednoznacznych odpowiedzi; ustanowić chcą rysę na sylwecie granitowego obelisku. 

Można dążyć do zgody, ale kto jej doświadczy, dozna także potrzeby stawiania wierszom pytań z kręgu głębokiego wtajemniczenia. Czy nie lepszy okaże się wybór umownego porozumienia, pozwalającego skonstatować, że oto za sprawą mylnego tropu znaleźliśmy się na łyżce katapulty, którą wyekspediowani zostaniemy w gęstwinę stanu poetyckiego, w samo centrum, samo święto metafory rozpryskującej się o zgrzebne kształty świata. Doświadczania i rozumienia: tego właśnie oczekują, tego domagają się te wiersze. Właściwie wszystkie, jakie zostały napisane, domagają się tego i tylko tego; w nieprzeliczonej masie wiersze Ivana Sogela zgłaszają przenikliwy, komunikatywny, czytelny akces.

Ilustracja: Helmut Bistika

Spróbujmy go jeszcze bardziej doprecyzować: jednemu sugerują potrzebę oderwania, drugiemu zapomnienia o gromadzącym się wytrwale tumulcie składników ciągu historycznego, jeszcze innych uzbrajają przeciw wątpliwościom skutecznie i nieodwracalnie przyklejonym do rzeczywistości. Najbardziej jednak tęsknią za tymi, których przeniosą przez próg otwartego repozytorium sensu solidnej, cierpliwej pracy twórczej. Elita elit znająca szczegóły rozjaśniających się w tych wierszach historii oraz źródła słów asystujących narodzinom wypowiedzi zorganizowanej. Mam nadzieję, że uważny czytelnik tomu „W morskiej mowie” dojrzy w tak sprecyzowanej nominacji pierwiastki przesady i prowokacji. Tych wierszy nie ufundowała potrzeba potwierdzania nadrzędności formy i podrzędności treści. Z takim właśnie statusem utożsamiam powagę mowy wyrywanej morzu, podsłuchanej, wyobrażonej – mowy bez kształtu, bez wytchnienia elokwentnej, po chwili zapadającej się, towarzyszącej odsłanianiu uformowanych kształtów z chwilą, gdy wszechświat cichnie. 

„…ty morze ja płetwal
ukryjmy się przed światem
twoje ciało moje ciało
w szumie fal”  

 Przeszkody, jakie implikują te wiersze w przekładzie na polski wynikają w pierwszej kolejności z nadmiernej bliskości języków uwielbiających zaskakiwać mniej lub bardziej odległymi  identyfikatorami znaczeń. I stąd się wzięła trudność nad trudnościami. Czy można, zdaje się pytać w domniemanej przestrzeni pomiędzy bohater wierszy Sogela, formułować proste, przekładalne pytania w najbliższym sąsiedztwie dramatów, rozdarć i sfałszowanego episteme? Czy można egzystencjalne dylematy wyrywać z gęstwiny obłapiającej potoczności, zwyczajności, swojskości i pospolitości? Czy to, co stanowi nienaruszalny kompozyt historii własnej, można oferować bez skrupułów falom morskiej mowy? To dopiero pytania! Czy o powadze mowy „morskiej” – „możliwej” w takim samym/podobnym stopniu decyduje temat, kontekst i ekwiwalent znaczeń? Czy granice języka wypada/należy/można by sprowadzić do wyłącznych współrzędnych miejsca otoczonego frazesem, pozwalającego wyłonić się zdaniu otwierającemu przestrzeń totalnej metafory. W obrębie zarysowanych granic prawie wszystko jest możliwe. Jedną z reakcji niech będzie cytat z wiadomości zredagowanej tam, gdzie mowa prawdziwie dąsa się i furczy, narowi się i jątrzy, wstrzymuje i powstrzymać się nie potrafi…

<<Oto siedzę na plaży, fale tuż – tuż, morze ma dzisiaj tak wiele do powiedzenia; czytam Twoje wiersze – hermetyczne w najlepszym rozumieniu tego słowa. Obracam w palcach złotą monetę wzruszenia, liryzmu, próby schowania się przed… Ulegam nieustannemu wrażeniu, że w wersji oryginalnej Twoja poezja nosi wszelkie znamiona wielkości zakorzenionej w dumnej tradycji poetyckiej języka słowackiego. Liryka zawsze nazywając – wyzwala, towarzysząc – objaśnia, rozjaśniając – usiłuje wypowiadać się także w cudzym imieniu. Odnalazłem fundamentalny element: świętą regułę spójności lokalnej, szlachetnego nawyku podejmującego proces domykania się sensów na płaszczyźnie podobieństwa słów. Uświadomiona samotność. To główny, wybijający się temat. Gdybyś przeczytał te wiersze kobiecie, wasza relacja musiałaby doznać emocji narastającego onieśmielenia. Poezję pisze się po to, aby najlepiej jak to możliwe, jakoś przetrwać tę próbę>>. 

   Aby wyjść cało, z tego, co zatykające i trudne, aby z kwarcu zlokalizowanego na podorędziu uczynić bezcenny diament. Należy przystać, że poezja to nieustanny proces; proces zapoczątkowany w pierwszym odruchu i pierwszym okruchu. Proces, który trwa nadal, wytchnąć nie powala. Lirykę wywołuje z nabrzmiałej i brzemiennej ciszy elementarne pytanie o sens: właściwie pisze się tylko po to, by czytelnik zaniemówił i zaczął żyć; wreszcie i znowu. 

    Konkluzja. Wiersze powinny zawsze zaskakiwać – te zaskakują. Odezwał się w nich ktoś, kto w fałdach mowy potocznej podejmuje kwestie unikające intymności. Istnieje zadra, komplikacja, implikacja. Nikt ogromu nie przeskoczy, jeśli na prywatnych wichajstrach nie zawiesi drzwi pracujących w rytmie wahadła, jeśli w wysokiej fali nie dostrzeże łąki a w rozległych uroczyskach pian ciepłego morza.